TEMATY NA CZASIE:
inwestycje
CPK
wypadki
policja

13

04 2021

Szef oddziału covidowego w Grodzisku: Jesteśmy u progu odporności zbiorowiskowej


Grodzisk News


foto: Facebook/Dr Paweł BasiukiewiczSzef oddziału covidowego w Grodzisku: Jesteśmy u progu odporności zbiorowiskowej - Grodzisk News


Z doktorem Pawłem Basiukiewiczem, szefem oddziału covidowego w grodziskim Szpitalu Zachodnim, rozmawia Adam Fabisiewicz.


reklama Grodzisk mazowiecki

Adam Fabisiewicz: Jak opisałby Pan obecną sytuację epidemiczną w powiecie grodziskim?

REKLAMA
reklama Grodzisk mazowiecki

Dr Paweł Basiukiewicz: Ludzie są bardzo wystraszeni informacjami, które im mówią, że już nigdy nie wrócą do normalności, że wszystko się zmieni, że do końca życia będą musieli chodzić w maskach i bać się zakażenia. Dlatego trzeba ludzi pocieszać, a pocieszający jest fakt, że epidemia w Polsce prawdopodobnie się kończy. Liczba zakażeń w każdym województwie spada, jesteśmy u progu osiągnięcia odporności zbiorowiskowej; wspomagamy się szczepionkami. Koniec epidemii nie oznacza, że nigdy już nie wystąpią zakażenia SARS-CoV-2, tylko, że nie będą już miały charakteru epidemicznego. Wszystkie te sygnały na pewno są pokrzepiające.

Jak sytuacja przekłada się na pracę Szpitala Zachodniego? Czy nasza placówka także odczuwa przeciążenie systemu?
Jeśli chodzi o oddział covidowy, to hospitalizujemy dużo osób z powodu infekcji, w zasadzie mamy pełny oddział, nasze moce przerobowe są w pełni wykorzystane. Pracujemy pełną parą, w pełnym zespole ratowniczym, lekarsko-pielęgniarskim, mamy skuteczne leki. Trzeba wyraźnie podkreślić, że pacjenci zainfekowani w znakomitej większości zdrowieją, a tylko dla niewielkiego odsetka – średnio 0,23 % zainfekowanych – choroba kończy się śmiercią. Najbardziej zagrożone są osoby starsze i głównie takich pacjentów hospitalizujemy. Są także, rzadziej, osoby młodsze, którym przydarzył się cięższy przebieg choroby, ale tak jak mówię: mamy skuteczne leki i większość ludzi hospitalizowanych możemy uratować.

Ogólna tendencja w Polsce jest taka, że mamy narastający dług zdrowotny, czyli ograniczenie świadczeń planowych, półplanowych, ale także części świadczeń nagłych. Służba zdrowia w całym kraju stała się mniej przepustowa, wyliczenia pokazują, że np. w październiku 2020 roku hospitalizowano 35 procent mniej pacjentów, niż w analogicznym okresie roku 2019. W większości placówek tzw. pacjenci niecovidowi są nieco odstawieni na boczny tor.

W związku z wciąż wysoką liczbą pozytywnych testów na obecność wirusa w całym kraju rząd wprowadza kolejne obostrzenia. Słusznie?
Można by sparafrazować słowa, które weszły już chyba do kanonu: „jeszcze tylko dwa tygodnie”... Ostatnio znów usłyszeliśmy to samo. A to, co można powiedzieć o rozwoju krzywej epidemicznej, o śmiertelności i rozwoju ciężkich przypadków, to że są prace, które pokazały, że zastosowane obostrzenia, nazywane właściwie socjaldystansującymi interwencjami niefarmaceutycznymi, są działaniami grubego kalibru. Mycie rąk i wietrzenie pomieszczeń, są w miarę mało dolegliwe, natomiast wspomniane interwencje rujnują życie społeczne, gospodarcze, duchowe, psychiczne, a także zdrowie somatyczne. To nakaz kwarantanny i izolacji osób narażonych, zamykanie biznesów i szkół, zakaz zgromadzeń, zamykanie szkół, zamykanie obiektów sportowych. To przepisy, które bardzo brutalnie weszły w nasze codzienne życie, a często są zupełnie bez związku z transmisją wirusa. Tak na przykład dzieci nie są głównym transmiterem wirusa. Chorują rzadziej niż dorośli. A najczęściej przybiera to u nich postać zwykłej infekcji przeziębieniowej lub jelitowej. Rzadziej występują cięższe postaci, śmiertelność jest kazuistyczna, znamy inne, poważniejsze wirusy. Dzieci nie stanowią zatem „drivera”, którym napędza się epidemia, dlatego zamykanie szkół i przedszkoli stanowi działania pozorowane, które stwarzają dług edukacyjny i ekonomiczny. To czego dzieci nie nauczyły się przez rok, który im zabraliśmy, nie będą czegoś umiały w przyszłości. To kompletnie bez sensu.

Powstały prace w naukowych pismach „Nature” i „European Journal of Clinical Investigation”, w których na podstawie analizy lockdownów w kilkudziesięciu państwach wykazano, że takie zamknięcia nie mają większego znaczenia, a o wiele ważniejsze są proste rzeczy jak mycie rąk, wietrzenie pomieszczeń i dobrowolna izolacja osób objawowych, kaszlących, z gorączką – aby w okresie najwyższej zakażalności, a nie na bite 2 tygodnie, zostały w domu...

A co z maseczkami?
Trudno skomentować nakaz noszenia masek na otwartej przestrzeni. Skoro na zewnątrz dochodzi do małej ilości zakażeń, wg ostatniej obserwacji z Irlandii - do jednego promila wszystkich zakażeń, to jaki sens ma noszenie masek na powietrzu i idąc tym tropem - do zamykania aktywności “outdorowej”...? Cały czas idziemy w kierunku ideologii „zero COVID”. Nie wiem skąd pomysł, że możemy pozbyć się wirusa w stu procentach. To niemożliwe! Prawdopodobnie zostanie z nami na zawsze, tylko nie będzie się rozrastał w sposób epidemiczny. Ale z tym, że będą zakażenia, zwłaszcza w sezonach jesienno-zimowo-wiosennych, musimy się liczyć.

I tu dochodzimy do kwestii noszenia maseczek przez osoby zaszczepione i ozdrowieńców. Prawdopodobieństwo, że zachorują ponownie lub przekażą wirusa dalej jest niskie. Nie jest zerowe, lecz dużo niższe, aniżeli w przypadku osób, które nie mają odporności na wirusa. Nie może być tak, że do końca życia będziemy nosić maski, które niewiele dają. Pozwólmy ludziom funkcjonować normalnie, bo prawdopodobnie nigdy nie pozbędziemy się wirusa.

Kwestia szczepionek budzi wiele emocji, napływa mnóstwo często sprzecznych informacji. Co poradziłby pan w tej sytuacji mieszkańcom, jak zachować się w szumie informacyjnym?
Mam bardzo dużo pytań od pacjentów o to, czy się zaszczepić. Zawsze odpowiadam w taki sposób: jeżeli nie przechorowałeś wirusa, a jesteś w grupie ryzyka: masz cukrzycę, chorobę serca, otyłość, jesteś po sześćdziesiątym roku życia – zaszczep się, zalecam! W przypadku pozostałych osób, każdy, kto dzięki temu poczuje się bezpieczniej, powinien się zaszczepić. Szczepienia pomagają nam w osiągnięciu odporności zbiorowiskowej i zabezpieczeniu osób wysokiego ryzyka. Do szczepionek powinniśmy podchodzić jak do pewnego dobra. Choć są w trzeciej fazie badań klinicznych, wiadomo, że zmniejszają ryzyko ciężkiego przebiegu choroby. Jeśli więc mogą, niech się szczepią osoby wysokiego ryzyka, które nie chorowały, natomiast te, które przebyły infekcję, powinny odłożyć szczepienie o co najmniej pół roku – zgodnie ze stanowiskiem Rady Medycznej. Być może za pół roku pojawią się nowe dane, które powiedzą, że odporność po przechorowaniu trwa dłużej lub że jednak już czas się zaszczepić. Dziś tego nie wiemy.

A czy dziś jesteśmy już dużo bliżej zyskania odporności populacyjnej?
Moim zdaniem jesteśmy tuż-tuż. Liczba nowych zakażeń gwałtownie spada. Według szacunkowych wyliczeń możemy mieć nawet około 20 milionów ozdrowieńców, plus jakąś część osób zaszczepionych, choć te dwa zbiory nam się nieco pokrywają, gdyż nie szczepiliśmy w celowany sposób ludzi, którzy nie chorowali, tylko na zasadzie „jak leci”. Niemniej 20 milionów, to już bardzo blisko progu odporności zbiorowiskowej. Około 60 procent populacji powinno mieć odporność, żeby zatrzymać rozwój epidemii. Obecnie krzywa zachorowań spada na łeb na szyję, przez jakiś czas utrzyma się jeszcze liczba hospitalizacji, liczba zgonów też będzie wysoka. Ale liczba nowych zakażeń spada i widać, że potencjał epidemiczny w Polsce został już wyczerpany. Możemy się jedynie spodziewać sezonowych wzrostów infekcji w okresach jesienno-zimowych.

To, o czym pan mówi, kłóci się jednak nieco z przekazem Ministerstwa Zdrowia, które często podkreśla, że trzecia fala jest w natarciu...
Pan minister we wpisach na Twitterze także sygnalizował spadki w dziennej liczbie zakażeń. Szczyt mieliśmy 1 kwietnia. Od tamtej pory wskaźniki maleją i będą maleć, aż zatrzymają się na pewnym stałym poziomie. Trzeba się z tym po prostu pogodzić, przestać straszyć ludzi i dać im normalnie żyć.

Wśród naszych czytelników gorące dyskusje wywołała swego czasu sprawa targowiska miejskiego. Część mieszkańców domagała się jego zamknięcia. Z punktu widzenia medyka: czy takie rozwiązanie byłoby skuteczne?
Do zakażeń dochodzi przede wszystkim w domu, gdzie ludzie ze sobą mieszkają; w szpitalach, gdzie mamy do czynienia z ludźmi chorymi; w sklepach spożywczych, gdzie ludzie się kręcą między sobą. Tam ludzie się zarażają i będą się zarażać, bo nie jesteśmy w stanie i nie wolno nam tych miejsc wyłączać. Natomiast wszystkie miejsca otwarte, aktywność na powietrzu - mają walory prozdrowotne i pozostają bez większego znaczenia dla przebiegu krzywej epidemicznej.

Chciałem także zapytać o szerszy kontekst... W USA, gdzie sytuację opisuje się jako szczególnie poważną, poszczególne stany się po prostu otwierają. Słychać też coraz liczniejsze głosy zniecierpliwienia i buntu w Europie...
Mieliśmy przykład: Kalifornia versus Floryda. W jednym stanie twardy lockdown, a w drugim znacznie mniejsze restrykcje, a wskaźniki zakażeń na podobnym poziomie. Analogiczną sytuację widzimy w zestawieniu Dakota Północna – Dakota Południowa; model szwedzki kontra inne kraje Europy Zachodniej – podobnie. Wszystko wskazuje na to, że twarde działania lockdownowe wywołują tylko szkody. Powinniśmy pamiętać o pięciu filarach zdrowia – zdrowie to nie tylko zdrowe serce, płuca lub noga; to także zdrowie psychiczne, duchowe, zdolność i wolność do interakcji społecznych i realizowania się w gospodarce. Myśmy wszystkie te filary podcięli, a człowiek musi mieć wolność do realizowania się. Trzeba o tym mówić.





💬︎   dodaj komentarz

BRAWO PANIE DOKTORZE. JEST PAN DOKTOREM Z WIELKIM SERCEM I Z POWOŁANIA A NIE Z PRZYMUSU. ZAWSZE PAN DOKTOR MIAŁ I MA PODEJŚĆ DO PACJENTÓW, CZY TO W SZPITALU W RAMACH NARODOWEGO FUNDUSZU ZDROWIA, CZY PRYWATNIE, NIE WYRÓŻNIA PAN DOKTOR LUDZI BIEDNYCH I BOGATYCH LECZY WSZYSTKICH.
BARDZO DZIĘKUJEMY PANU DOKTOROWI ZA WSZYSTKIE SZCZEGÓŁOWE, PRAWDZIWE WYJAŚNIENIA ODNOŚNIE EPIDEMII.
ŻYCZĘ PANU DOKTOROWI I RODZINIE PANA DOKTORA DUŻO ZDRÓWKA, DALSZYCH SUKCESÓW NA DRODZE ZAWODOWEJ I RODZINNEJ.

A.M.
13-04-2021 09:41

Zaraz, zaraz. Olka! Pati! Gdzie jesteście? Zamknęłyście już targowisko? Place zabaw? A może posłuchacie rozsądnego lekarza i wyjdziecie z piwnicy?

Hansik
13-04-2021 10:35

Niestety pan doktor opowiada też bzdury. Owszem dzieci bardzo rzadko chorują, niezbyt często mają objawy koronawirusa natomiast znacznie częściej go przenoszą. Tak było w przypadku teściów i szwagra. Z uwagi na poważne problemy z płucami teściowej gdy nastapił wzrost zachorowań postanowili odizolować się od świata zewnętrznego. Było to o tyle łatwe, że najbliżsi sąsiedzi mieszkali 300 metrów od nich, a szwagier mógł pracować zdalnie. Mając sporo własnych artykułów spożywczych /warzywa, jajka, drób/ i dowożone artykuły typu chleb nie musieli nigdzie jeździć. Jedynie wnuki chodziły w tym czasie do podstawówki w Baranowie i nie było w tym czasie innej możliwości transmisji wirusa. Teścia nie ma już między nami, natomiast teściowa od wielu tygodni jest w stanie stabilnym, ale nadal istnieje duże zagrożenie. Odnośnie chodzenia dzieci do szkoły zupełnie inne zdanie ma pan dr ze szpitala zakaźnego na Woli, który wirusami zajmuje się od 20 lat.

Zwolinski
13-04-2021 10:43

pokaż wszystkie komentarze (44)







📰︎ NAJPOPULARNIEJSZE



💬︎ NAJCZĘŚCIEJ KOMENTOWANE



odwiedź nasz profil na FB

Copyright © 2014-2021 - Grodzisk News - wszelkie prawa zastrzeżone.