18 06 2016

Chinlone – birmańska przygoda z guzem na głowie

18.06.2016, godz.: 15:42
Chinlone – birmańska przygoda z guzem na głowie
fot. sledznas.pl

Przedstawiamy kolejny odcinek podróżniczej przygody Hani i Jacka, którzy w marcu wyruszyli w podróż dookoła świata. Dzisiejszy wpis traktuje o Birmie i odkrywaniu przez podróżników niezwykle tam popularnego sportu o nazwie Chinlone. Zachęcamy do lektury! 

Tekst oraz wszystkie materiały pochodzą ze strony projektu – Śledź Nas! Są własnością autorów. Więcej interesujących treści tekstowych i multimedialnych z podróży znajdziecie TUTAJ.

***

Mjanma, czyli Birma

Upał jest nie do wytrzymania. Nie ma czym oddychać. Tłok ogromny. Miejski autobus wolno toczy się w ogromnym korku ciągnącym się z lotniska do centrum miasta. Dwie godziny wcześniej wychodząc z klimatyzowanego lotniska w Rangun, zdecydowaliśmy się zrezygnować z drogiego przejazdu taksówką. Wybraliśmy bardziej karkołomny sposób dotarcia do dzielnicy, w której zaplanowaliśmy nocleg. Udało nam się trafić na lokalny przystanek i wsiąść do dobrego autobusu. Jedziemy! Dotarliśmy do Mjanmy, czyli Birmy. W 1989 roku wprowadzono zmianę nazwy z kojarzącej się z zaszłościami kolonialnymi Birmy na używaną przez mieszkańców Mjanmę (kraj silnych jeźdźców). Obecnie dopuszczalne są jednak obie nazwy. To kolejny kraj na naszej trasie podróży dookoła świata szlakiem lokalnych i tradycyjnych sportów. Co nas tu czeka?

Yangun, czyli Rangun
Do niedawna Rangun było stolicą Birmy. W 2005 r. przeniesiono ją do Naypyidaw. Tak jak w przypadku nazwy państwa i tutaj następowały częste zmiany. W Polsce zaleca się używanie Rangun i tego się trzymajmy. Autobus przyspieszył, przez okna widzimy światła miasta. Powoli zbliżamy się do celu. Bileter daje nam sygnał, że na następnym przystanku mamy wysiąść. Przystanek umiejscowiony jest tuż przy Sule Pagoda. To jedno z bardziej znanych miejsc, gdzie można znaleźć tani nocleg. Po sprawdzeniu kilku okolicznych hosteli wybieramy najtańszy. 12 dolarów za noc. Roboczo nadaliśmy mu nazwę „Szczurza Nora”. Jak się okazało całkiem trafnie! Plusem tego miejsca jest na pewno lokalizacja. I klimatyzacja, o ile nie ma akurat przerwy w dostawie prądu. Tuż obok jest też uliczna restauracja, którą po pierwszym posiłku nazwaliśmy „U Karalucha”. Pomijając nieproszonych gości, jedzenie i lokalne piwo było bardzo dobre i niedrogie, więc będziemy tu wracać.

Posterunek policji i guzy na głowie
– Bardzo boli? – pyta Hania. – Trochę, ale będzie ok – odpowiadam, przykładając lód do bolącej głowy. Wstając rano, nie myślałem, że tak skończy się ten dzień.

Zaczęliśmy od trzygodzinnej jazdy pociągiem po przedmieściach. Odwiedziliśmy też słynną, złotą pagodę Szwedagon. Ostatnie dwie godziny spędzamy jednak na posterunku policji. A ja mam na głowie guzy wielkości piłeczek pingpongowych. Co się stało? Zdecydowaliśmy się wrócić do hostelu mniej uczęszczaną i ruchliwą ulicą. Mijamy kolejną bramę. Nagle dochodzą nas głośne okrzyki. Z pewną ostrożnością, ale i zainteresowaniem zaglądamy do środka. Patrzymy w osłupieniu. Jak to jest możliwe? Jak oni to robią?

Chinlone, czyli siatkonoga
Za bramą widzimy nieduży dziedziniec. Na nim sześciu facetów otoczonych sporą grupą kolegów. Z daleka wygląda to trochę jak ustawka. Dostrzegamy jednak siatkę, przypominającą tę od badmintona. Po chwili w ruch idzie piłka ratanowa. Lekka, twarda, ażurowa, wielkości tej do szczypiorniaka. Zaczyna się pokaz. Salta, przewrotki, półobroty. Wszystko połączone z odbiciem piłki, po którym bezpiecznie lądują na twardym, ubitym boisku. To Chinlone, czyli popularna w Birmie siatkonoga. Jadąc do tego kraju, bardzo chciałem poznać ten lokalny sport. Okazuje się, że całkiem przypadkiem będę miał do tego świetną okazję. Grający zauważają nas i zgadzają się, abyśmy trochę podpatrzyli, co oni wyczyniają. Dwa zespoły trzyosobowe ustawiają się po przeciwnych stronach siatki. Grę rozpoczyna serw – kopnięcie. Drużyna odbierająca może odbić piłkę trzy razy, zanim przebije ją na drugą stronę siatki. Można uderzać nogą, głową lub klatką piersiową. Użycie rąk jest zakazane. Niektórzy mają na sobie krótkie spodenki, inni tradycyjne longyi – długie, wiązane spódnice – zawinięte na wysokości uda. Większość gra boso, mają jedynie dodatkowe ochraniacze na stopie. Poziom jest wysoki, zagrania bardzo efektowne. Po pewnym czasie grający oswajają się z naszą obecnością. Podoba się im chyba nasze uznanie dla ich umiejętności. Możemy wyciągnąć nasze aparaty i udokumentować ich popisy.

autor:
0

Dodaj Komentarz

Portal GrodziskNews.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie nie związane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

Jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Na podstawie art. 25 ust. 1 pkt 1b ustawy z dnia 4 lutego 1994 roku o prawie autorskim i prawach pokrewnych Portal GrodziskNews.pl wyraźnie zastrzega, że dalsze rozpowszechnianie artykułów zamieszczonych na portalu bez zgody jest zabronione.
Blogi